Kruche ciasteczka – herbatniki jak maślane (bez glutenu, bez masła i bez mleka)

Wiele lat temu zmieniłam swoje żywienie ze względu na różne alergie i nietolerancje, na dolegliwości układu pokarmowego, a także z czysto rozsądkowych powodów. Pomimo tego, że wielu rzeczy nie jadłam już kilkanaście lat i dłużej, nie tęsknię za tamtymi smakami (no może za serem tęsknię), to jednak bywa, że nawiedzają mnie wspomnienia pewnych smaków dzieciństwa.

Kiedyś podobno i tak wszystko było lepsze, ja w to wątpię, bo wiem, co zawierały w sobie produkty, które się jadało. Ale w sumie w moim rodzinnym domu jadło się zdrowo, posiłki były zbilansowane, produkty dobrej jakości, sporo warzyw, dobre mięso, owoce, czasami jakieś słodkości też wpadły. Nie będę kłamać, że nigdy nie jadłam ciastek, nie spróbowałam wafelka, czy Mars’a (tego ostatniego, uwierzcie lub nie, jadłam chyba jakieś 25 lat temu ostatni raz). Nie zwijam się z bólu tęsknoty za takimi słodkościami, chyba nawet zapomniałam jak wiele z nich smakowało. Jednak jest kilka takich grzeszków, które chętnie bym zjadła od czasu do czasu, ale wcale nie muszę ich jeść codziennie, po prostu bywa, że coś się przypomni i warto wymyślić odrobinę zdrowszą wersję czegoś, co się kiedyś lubiło.

Jakiś czas temu przypomniały mi się słodkie herbatniczki obsypane cukrem. W PRLu to były chyba jedne z najpopularniejszych ciastek, kupowało się je w kartonowych pudełkach (jaka radość, gdy się znalazło) albo na wagę. Do dzisiaj w sklepach można takie kupić, ale pomijając masę składników, których jeść nie mogę, jak pszenica, masło (oby to chociaż masło było), mleko w proszku, to jeszcze jest cała masa E, cudów wianków, konserwantów, uwodornionych tłuszczy, syropu glukozowego i innych atrakcji…

Ja zrobiłam swoje, lepsze, kruchutkie. Nie będę czarować, że to są ciastka fit. Bo nie są. Ale zdecydowanie bliżej im do jasnej strony mocy, niż tym kupnym. No i nie dajmy się zwariować, czasami można zgrzeszyć, życie ma być przyjemnością, nie serią wyrzeczeń. A ja i tak odchudziłam te ciastka, zawierają mniej tłuszczu niż tradycyjne, mają o wiele mniej cukru, nawet pomimo posypki, a do tego nie jest to cukier rafinowany, można również użyć erytrytolu.

 

 

 

KRUCHE CIASTECZKA – HERBATNIKI JAK MAŚLANE, A BEZ MASŁA

 

Co potrzebujemy (na 2 blachy, około 32-35 ciasteczek):

(szklanka = 240 ml, łyżka = 15 ml)

7 łyżek miękkiego oleju kokosowego w stałej konsystencji

3/8 szklanki cukru trzcinowego/kokosowego/erytrytolu

2,5 łyżki musu z jabłek

kilka kropli ekstaraktu waniliowego i/lub mielona wanilia

3 żółtka

1 szklanka mąki jaglanej

3/8 szklanki mąki ryżowej + kilka łyżek do podsypania

3/8 szklanki skrobi (zazwyczaj używam tutaj skrobi z tapioki)

 

Na wierzch (opcjonalnie, można wykonać też wersję i bez toppingu):

odrobina cukru trzcinowego/kokosowego/erytrytolu (pyszna jest również wersja z wiórkami kokosowymi, mielonymi orzechami, a także z czekoladą, którą używamy po upieczeniu ciasteczek jako polewę)

1-2 łyżeczki białka (resztę białek zużyjcie do czegoś innego)

 

Co robimy:

Mąki przesiewamy, dodajemy mieloną wanilię. Mieszamy i odstawiamy.

Do drugiej miski przekładamy miękki olej kokosowy (warto włożyć wcześniej słoik do ciepłej wody). Cukier lub erytrytol mielimy w młynku na puder i dodajemy do oleju. Mieszamy łyżką i ucieramy mikserem, aż składniki się połączą i utworzą jednolitą masę.

Następnie dodajemy mus jabłkowy, ekstrakt, miksujemy, dodajemy żółtka i ucieramy aż składniki się połączą. Możecie mieć wrażenie, że masa jest dziwna, lekko zważona, ale jest OK, wszystko jest w porządku.

Dodajemy przesiane mąki i mieszamy, następnie ucieramy aż wszystko utworzy jednolite ciasto, lekko luźne.

Przykrywamy folią spożywczą i wstawiamy do lodówki na około 30-40 minut lub odrobinę dłużej, aż ciasta stanie się bardziej zwarte.

Prawdopodobnie i tak będzie się lekko kleić, ale jest na to rada. Na stolnicy rozkładamy kawałek folii spożywczej, podsypujemy mąką ryżową, kładziemy kawałek ciasta, obsypujemy mąką, nakrywamy drugim kawałkiem folii spożywczej i w ten sposób wałkujemy ciasto na około 8-10 mm. Na początku trzeba podsypywać więcej, później, gdy ponownie zagniatamy skrawki ciasta, można nieco mniej.

Wykrawaczkę do ciastek (najlepiej około 5-6 cm średnicy) maczamy w skrobi lub mące i wycinamy kółka/falbanki. Można użyć również szklanki, dużego kieliszka, umytej puszki po pomidorach 🙂 bądźcie kreatywni.

Odsuwamy niepotrzebne brzegi ciasta. Przenosimy wycięte ciasteczka, delikatnie na szerokim nożu, na blachę pokrytą papierem do pieczenia. Dopiero na blasze wycinamy środki (użyłam do tego celu końcówki lejka, bo nie miałam tak małej wycinaczki), co zapobiegnie zniszczeniu kształtu podczas przenoszenia – dużo trudniej przenosić ciastka ze stolnicy na blachę, gdy mają już wycięte środki i nie zniszczyć jednocześnie ich formy.

Smarujemy je z wierzchu za pomocą pędzelka bardzo cienką warstwą białka i posypujemy dowolnym słodzidłem. Możecie również ten krok pominąć i otrzymacie wówczas po prostu smaczne ciasteczka. Same ciasta nie są słodkie, więc dodanie posypki nie powoduje, że stają się zbyt słodkie.

Ciasteczka pieczemy (każdą blachę osobno) w 170 stopniach około 10-14 minut w zależności od grubości ciasteczek, piekarnika i preferowanej chrupkości. Najlepiej po 10 minutach sprawdzić, czy mocno się rumienią, mają się jedynie lekko zezłocić. Ja zazwyczaj piekę około 11, max 12 minut.

Wyciągamy blachę z piekarnika, nie ściągamy z niej od razu ciasteczek, czekamy około 1-2 minuty. Wówczas łopatką możemy je już zdejmować i odłożyć na deskę do ostudzenia.

Ciasteczka przechowujemy w szczelnym pojemniku, wytrzymają spokojnie ponad tydzień, ale bardzo wątpię, że aż tyle czasu wy wytrzymacie, nie jedząc ich 😉

Smacznego!

 

No Comments

Leave a Comment